Po bolesnym, aczkolwiek szczęśliwie zakończonym, bo nie przypieczętowanym trumną, wypadku tatrzańskim (oberwanie spadającym z bezkresnego nieba kamulcem w głowę) spodziewałam się stać się geniuszem. Tak samo myślałam kilkanaście lat temu, gdy dostałam od mamy kijem w czaszkę z rozmachu (jak najzupełniej przez przypadek - proszę nie wzywać opieki społecznej) i po raz pierwszy w życiu ujrzałam kreskówkowe gwiazdy tańczące wokół mojej głowy. Nie pamiętam jednak, żebym stała się przez to specjalnie genialna, a co najwyżej jeszcze bardziej zakręcona. Nie odbiło się to na szczęście na mojej szkolnej karierze, za to zrujnowało moje życie towarzyskie, bo nikt za dziwolągami nie przepada...no może inne dziwolągi, ale do cholery, nie było w mojej młodości żadnego dziwoląga oprócz mnie. Geniuszem nie jestem, za to spadający kamień, uderzając w mą głowę, wydał dość zabawny dźwięk, który przypomina mi, że jest w mojej czaszce miejsce, które powinnam lepiej zagospodarować. Jednakowoż, wspominając swe zapiski z pierwszej klasy podstawówki, w których z zapałem relacjonowałam pęknięcie domowego kibelka, doszłam do wniosku, że może być tylko lepiej, ze sedesy nie są już jedynym powodem, dla którego żyję. Dlatego z chęcią przystałam na propozycję randki z sympatycznym chłopaczkiem. Chłopaczek ten zabrał mnie na wycieczkę krajoznawczą po Toruniu i z zapałem opowiadał historię kamienic z ulicy Mickiewicza. Tak...ach ten męski ród ...zakała ludzkości...prawią ci te bezsensowne komplementy, że niby jesteś tak piękna i wspaniała, a potem po jakimś czasie za wszelką cenę chcą udowodnić, że najważniejsi są oni – najwspanialsi i jedyni w swoim rodzaju, a potem wasz związek to typowa nieszczęśliwa historia miłosna, niemal kryminał, bo przemocą i alkoholem przesiąknięta jest wasza codzienność...Albo jeszcze gorzej – zabierają Cię do klubowej ubikacji, a potem...nie, nie, ta historia nie powinna ujrzeć światła dziennego...jest za mało brutalna i zbyt powszechna, przepełniona dla kontrastu niemocą. A baby są jeszcze gorsze, bo na to wszystko pozwalają i do tego non stop zrzędzą! Jak widać ja wyjątkiem nie jestem. Mimo wszystko się łudzę, że jest ktoś, kto nie okaże się typowym ogrem, a choć w jednej czwartej spełni me marzenia. Głupia ja! Trzeba by było dokonać ostatecznej eksterminacji ludzkich stworzeń, by uniknąć tego błędnego koła, zatem wolę się łudzić i czekać w nieskończoność, wyżywając się na wszelkich istotach martwych i żywych. Wracając, do tego nieszczęsnego, aczkolwiek sympatycznego i niewinnego chłopczyka, to oczywiście skradł me serce....nie, nie, chwileczkę...dziwnym trafem ta fascynująca opowieść mnie nie urzekła, choć zapewne gdybym interesowała się randkową architekturą, to wyglądałoby to inaczej. Na nieszczęście (zależy dla kogo...) interesuję się nicnierobieniem, a także oglądaniem wszystkich ośmiu części "Koszmaru z ulicy wiązów" pod rząd (12.00 - 02.20) i piciem Arizony. Powróciwszy z randki, wróciłam do przekonywania siebie, że moje życie, jako kobiety zwały, wkrótce się odmieni... cdn.
_________________ Silence, czyli kiszka ogromna z bebechów jednego bandziocha wypruta
Jak to jest z tym wpadaniem? Zazwyczaj jest tak, że wcale się nie chce wpaść, a jednak się wpada... Czasem zwyczajnie, lekko się rzucając, ale bywa i tak, że się wpadnie z hukiem i potem nie pozostaje nic innego, jak tylko z rumieńcami na twarzy przeprosić za takie napaści rękoczynowe...
Podczas wpadania zdarzają się też przedziwne czynności towarzyszące: obwąchiwania, wydawanie nieartykułowanych dźwięków, głupkowate śmieszki i nieoczekiwana wroga reakcja niewinnej ofiary. Wpadanie odbywa się w rozmaitej scenerii; najczęściej jednak „lubimy” wpadać w miejscach publicznych i oczywiście w najmniej odpowiednim momencie. Dla przeciętnego zjadacza chleba nie jest to najprzyjemniejsze doświadczenie, wiąże się zazwyczaj z większym lub mniejszym zażenowaniem. Nie sposób przewidzieć swego następnego wpadnięcia, co wywołuje duży stres, a to z kolei prowadzi do zawałów, ataków serca i innych, mało ciekawych, schorzeń. Nie znasz dnia ani godziny...
A jak to jest z moim wpadaniem? Otóż ja wpadam w autobusach...i to zawsze na staruszki. Znajomi nie dają mi szans wytłumaczyć, że nie eksperymentuję wcale, a na dodatek zapewniają jeszcze, że akceptują moje nowe preferencje... Fakt, że zdarzyło mi się obmacać jakąś nieszkodliwą babcię i to tak perfidnie... inna podczas mojego wpadania została brutalnie obwąchana. Czasem wpadam na staruszki całym ciałem... całym swym niechcąceniem. Co ciekawe, one nigdy nie ośmieliły się bronić, co podświadomie zachęcało mnie jeszcze bardziej i rzucałam się jeszcze śmielej, oczywiście niechcący. Żeby nie było... starsze panie lubią się „odwdzięczać” i z ochotą wpadają na mnie, depcząc mnie przy tym dotkliwie swymi babcinymi obcasikami, a widząc rozbawienie moich znajomych, stwierdzają, że to chyba nie mój pierwszy raz... domyślne te panie... a ja doświadczona...
To moje wpadanie doprowadziło mnie do rewizji moich wspomnień... Zaczęłam intensywnie myśleć nad miejscem, w którym się to wszystko zaczęło, które wyznaczyłoby cezurę między beztroskim życiem bez incydentów w autobusach, a tym nieskończonym ciągiem dotykania. Okazało się, że oazą zła wszelkiego jest nasza stolica (nie inaczej!), która stała się źródłem mego nieszczęścia. Żadne to zaskoczenie, wszak wiedziałam od dawna, że nie darzę tego miasta zbytnią sympatią. Zaczęłam podejrzewać, że może jakiś freudysta umiałby wyjaśnić mój problem. Ja freudystą nie jestem, więc poradzić sobie nie mogę... Fakt faktem, że to właśnie tam zaczęła się ma udręka i nigdzie indziej tak intensywnie nie wpadam, jak tam.
W piernikowie odpoczywam od swej ułomności, wszak nie bywam w autobusach. Ta chwilowa abstynencja nie działa jednak kojąco... wręcz czuję się nieco osowiała... włóczę się tam i nazad... często zamykam się w szafie i przytulam się do płaszczy... i gdy tak siedzę w ciemnościach czasem zdarzy mi się uronić łezkę, krzyknąć złowrogo, rzucać się w konwulsjach, mieć drgawki, omamy... eee... to jest, chciałam napisać, że moje życie straciło koloryt, odkąd nie wpadam. Zastanawiam się nad terapią lub całodniową podróżą autobusem komunikacji miejskiej. Ten słodki dreszczyk emocji musi powrócić! Ta chwila, gdy czuję srebrną poświatę tak blisko, gdy moherowość gryzie mnie w delikatność mej skóry, jest momentem konkurującym z najmilszymi doświadczeniami kobiety zwały. Nie mogę pozwolić sobie na unikanie przyjemności! Czyżby? A i owszem. Trzeba umiejętnie korzystać z dobrodziejstw cywilizacji. I rozważnie godzić się na daną przyjemność. Czuję, że wpadanie stało się tak silnym uzależnieniem, że jestem w stanie stwierdzić, iż jest istotą mego życia, jedynym celem i nie zawaham się walczyć o szczęście tak wzniosłe.
By the way... Zdarza się tak, że gdy się mieszka w akademiku, to może ktoś do ciebie przyjść z potrzebą seksualną. Trzeba przy tym uważać czy podpity potrzebujący (taka wódeczka z rana potrafi doprowadzić do podpicia... naprawdę!) nie ma przy sobie noża. Pamiętajcie, drodzy Czytelnicy, takie wypadki nie należą do przyjemności i aby ich uniknąć należy skupić się na wpadaniu w autobusach... to ja idę sobie pojeździć...
_________________ Silence, czyli kiszka ogromna z bebechów jednego bandziocha wypruta
Dziennik Kobiety Zwały nr 3, czyli o rozmowach z samym sobą
Ostatnio już nie wpadam tak jak zawsze. Teraz wpadam inaczej. Narobię szumu i jak gdyby nigdy nic, odwracam się i cwałuję na tych swoich diabelskich raciczkach w siną dal. Różki mam coraz większe, więc chodzę w pokaźnej opasce, „coby” je choć trochę przysłonić. Nie zdejmuję jej zwłaszcza w pracy – klient też człowiek – wystraszyć się może, księdza nasłać. Choćbym nie wiem jak się starała, ta szatańskość wiecznie ze mnie wyłazi. Cieknie z uszu, wylewa się przy każdym moim słowie. Kipię diabelskim jadem i czuję się nieco zaniepokojona. Taka pocieszna bywałam, taka trollowata... głupia i radosna. Pokłady naiwności wyczerpały się jednak. Nic to! Codziennie chodzę z ogromną łopatą i zbieram tę naiwność od nowa. Jak mam miejsce w kieszeniach, to i do kieszeni ją pakuję. Ostatnio zdarzyło mi się ją wepchnąć nawet do dziury w skarpetce. Niestety, proces zbierania naiwności nie jest łatwy, szybki i przyjemny. A poza tym diabelskość trochę się rozbestwiła i co większe kawałki mojej zbieraniny wyrzuca.
Ten stan jednak ani trochę mnie nie zaskakuje. Nie pierwszy raz się z nim zmierzam i na pewno nie ostatni. Niby spokojna jestem, ale warczę czasem i niecierpliwie tupię raciczkami. Niby wiem, że człowiek powinien zachować równowagę i że te dwa przeciwstawne pierwiastki (anielskość i diabelskość) są we mnie od zawsze, ale chciałabym wreszcie na dłuższy czas zatapczanić się w raju, zadomowić się tam na dłuższy czas, przybrać odzienie Ewy i rozkoszować się ciszą i spokojem... O ciszy i spokoju jednak nie mam co marzyć, bo całe moje wnętrze wrzeszczy, wyje, wierzga, bije mnie i przezywa. Co za wnętrze wredne! Żebym to chociaż była wredna tylko dla innych, a tu jeszcze karcę samą siebie. No bez sensu! Mogłabym wymyślić jakiś genialny plan zemsty i pokazać temu wnętrzu, kto tu rządzi... problem w tym, że ono zna każdą moją myśl i nie potrafię go oszukać, zmylić, omamić. Tak naprawdę robię wszystko dla niego, a ono wciąż robi focha na mnie i wrzeszczy, że jest niezadowolone. Staram się, jak mogę, wnętrze moje, inaczej nie potrafię. Nie wkurzaj mnie! Jak ci mówię, że nie potrafię, to nie potrafię! Ech! Co ty tam wiesz?! Nie wmawiaj mi tu, że stać mnie na coś więcej, przecież dobrze znasz życie Kobiety Zwały i jej możliwości. Wcale się nad sobą nie użalam! Samo jesteś głupie! Ha! Lubisz się tak przezywać, co? Wybacz, ale ja nie podejmę tej gierki i się na ciebie wypinam, wnętrze! Jejku, jak ty jęczysz... Nawet na chwilę o tobie zapomnieć nie mogę! Ale czego ty w ogóle chcesz ode mnie?! Co?! Oszalałeś? Mam być szczęśliwa?! Ja?! Chyba naprawdę cię pogięło! Przeginasz, wnętrze. No niby jak? Ha... I co, zatkało cię, łyso ci teraz... Takie mądre jesteś? To siedź cicho, pomedytuj trochę, uspokój się i znajdź gdzieś tam w sobie szczęście i się nim podziel ze mną. Jak to mi nie dasz?! Że niby ja je roztrwonię? No wiesz, wstydziłobyś się, wnętrze, tak się do mnie odzywać. Nie, nie masz racji! Do rozgotowanych szparagów Pinkmana, mówię ci, że nie masz racji! Zamilcz! A to ciągle nawija... sratatatatata... Prawie takie wygadane, jak nasz najbardziej opalony polityk w kraju. Aż wstyd! Okrutny wstyd!
No dobrze wnętrze... wygrałeś. Niech ci będzie. Znajdę sama to szczęście, a jak je znajdę, to ta diabelskość będzie nawiedzała mnie jedynie w nocy (ewentualnie nad ranem), a anielskość roztoczy piękny raj wokół mnie. A jak to się nie sprawdzi, to – przysięgam – skopię ci tyłek! Spiorę cię na kwaśne jabłko, wnętrze...
Dobre sobie... i co z tego, że przyznałam memu wnętrzu rację, skoro zewnętrzna opoka nieco mi nawala, sił nie mam nawet na pomalowanie paznokci... To szukanie naiwności, kłócenie się ze sobą pochłonęło tyle energii, że teraz nie stać mnie na oddychanie z klasą – oddycham ciężko, charczę, rzężę, obłokami siarczanymi wydechy robię, a przy wdechu kaszlę, krztusząc się codzienną martwotą... Nawet śpię nie tak, jak trzeba – więc wysilać się nie będę i zakończę też niezbyt poprawnie. Kończę. Właśnie w tej chwili. Teraz. Już.
_________________ Silence, czyli kiszka ogromna z bebechów jednego bandziocha wypruta
Dziennik Kobiety Zwały, część 4, czyli o dziwności istnienia
Właściwie, to skąd się to wzięło, że zostałam nazwana Kobietą Zwałą? Każdego przecież spotykają żenujące sytuacje, każdy na swój sposób jest nieco pomylony. Nie znam nikogo, kto nie miałby jakichś odchyłów i jest to nawet urocze. Jednakowoż natężenie zwał w moim życiu jest nieco większe, niż u innych, równie pomylonych jak ja. Mam raczej talent do pakowania się w beznadziejne sytuacje. W sumie nikt mi nie rzucił zwałowych przezwisk w twarz, ale takowe wyrażenia same mi się nasuwają, gdy myślę o sobie. Musi coś w tym być. Coś w tym być musi. Być musi w tym coś na pewno. No tak...a co jeśli przez dłuższy czas nie wydarza się mi nic zwałowego? Bez obaw, nie tracę tego zaszczytnego tytułu. Zaraz dzieje się coś, co mi przypomina, że Zwała to jednak ja. Nie wstydzę się jednak mego zwałowego pochodzenia, nie piętnuję się za to kim jestem. Wręcz lubię się z tego naśmiewać, a czasem nawet chwalić na prawo i lewo. Chodzi robak po ścianie, coś marniutki on taki, chyba ma robaki...na utrzymaniu. Fakt, zdarza się tak, że zachowuję się dziwnie, mówię dziwnie, dziwnie myślę, w ogóle cała jestem jakaś dziwna. Kurde, bez sensu, co nie? Ale celebruję tę dziwność z największym upodobaniem. Celebruję swą zwałowatość, krzycząc światu: Chwalmy kawę, alleluja!
Mamo, tato, wyszedł wam całkiem nieudany cud. Co prawda, cud ten niedoskonały poradzi sobie ze wszystkim, pokaże światu na co go stać, ale póki co miota się straszliwie w tej un-bajecznej krainie i tańcuje po kontach z trollami. Co troll, to głupszy taniec. Moja trollowa głowa wymyśla wciąż niekonwencjonalne sposoby na ogłupienie siebie jeszcze bardziej, kombinuje, coby nudno i zwyczajnie nie było, coby nie było gdybania, a żeby głupota na świat przyszła i świadectwo mej zwałowatości dała. I światłość jej nie ogarnęła. Czasem wszystko się rozwala, a pomaga tralalala. Gdy doskwiera ból istnienia, tralalala to odmienia.
Tralalalalalalalallalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalala.
Jednakowoż...I’m kind. Chodzi lisek koła drogi, nic już nie ma tułów chodzi. My się z liskiem nie bawimy, bo się nie ma czym bawić.
Nie wierzę w te wszystkie szczęśliwe historie, dobrotliwości, ckliwości, przemianę chleba w wino, przemianę materii, w to, że Ambroży Kleks był tajnym agentem, nie wierzę, że mam pomyślny okres astrologiczny, że potrzebne są liczby urojone, że Ala ma kota, a ja nie mam nic, nie, nie...Nie, bo nie. I już. I basta. I...o! Bo życie nie jest takie, żeby z ciebie durnia nie zrobić. Dziwne, dziwne...Czasem tak bardzo się czegoś pragnie, a zaraz potem już mniej, na końcu nie licząc już na nic, ogląda się za siebie tylko w chwilach słabości.
Nie zadzieraj nosa, nie rób takiej miny, Ada to nie wypada, everybody nedd somebody to kill, dead bodies everywhere, siekera, siekiera, motyka, piłka, szklanka, a Marycha, Marycha w nosie ma Rycha. Czy Lucyna to dziewczyna?
Ktoś mi kiedyś powiedział, żebym sobie życia nie zmarnowała. A ja no to: ok.
Kiedyś będzie fajnie – ja to czuję, ja to wiem. W nieokreślonej przyszłości, dalekiej, odległej. Doczekam, doczekam. Doczekam? Kurna no, doczekam, ale nudne takie czekanie, więc uprzyjemniam je sobie, robiąc jedną zwałę za drugą. Jedna zwała, druga zwała, trzecia zwała, o!, czwarta zwała, no nie mogę – następna i kolejna, i znowu coś, i zawsze, makafaka, coś. I oby tak dalej, oby życie miało smak, oby zwał nie było brak.
_________________ Silence, czyli kiszka ogromna z bebechów jednego bandziocha wypruta
Dziennik Kobiety Zwały, część 5, czyli o jaskrawości rzeczywistości
Jestem widoczna. Świecę się, ale nie błyszczę. Nie wiedzieć czemu jestem w centrum uwagi. Głównie swojej. Nie moja uwaga podszyta jest raczej zniechęceniem. Prawie godzę się na to i to prawie nieświadomie. Prawie mam zbyt duży dystans do siebie i do tej żółci, którą emanuję niemal na co dzień ku waszej uciesze.
Nie znamy się od dzisiaj, to fakt, ale ja dopiero się staję. Może odbijam się po prostu. Może doczekam. Może, szczęśliwą będąc w pełni, wreszcie zapomnę o tej głupocie. Swojej i waszej. Liczę na waszą słabą pamięć. Nie powinnam liczyć, bo kiepsko mi to wychodzi. „Kiepsko”.
Nie myśleć. Skupić się na nie myśleniu. Nie liczyć. Dodać humor do spojrzeń. Nie zgasić tej śmieszności, nie zgasić się całkiem.
Czasem taki pesymistyczny chochlik się wkrada. I buszuje w najlepsze po zwałowej mapie – mapie, upamiętniającej najkrwawsze wspomnienia mej niedługiej historii.
Otóż...bitwa pod Lepanto...<”Co wy wszyscy z tą bitwą pod Lepanto?”> 1571 r. Najkrwawsza bitwa morska w dziejach świata. Armia turecka przeciw ligii antytureckiej. Zwycięstwo chrześcijan, którymi dowodził von Austria. Na czele wojsk tureckich stał Al. Pasza.
Pielęgnujemy to, co nas boli. Nie, nie. Nie pielęgnujemy. Ja pielęgnuję. Głaskam i co dzień odświeżam dziwnym wspomnieniem. Bo upokorzenia wszak to najmilsza rzecz do wspominania. Jakżeby inaczej, no jakże by!
Widzę to wyraźnie – nie rozumiesz, że najzwyczajniej w świecie zgubiłam siebie. Szłam za szybko i gdy się odwróciłam już mnie nie było i choć wołałam głośno, nie zdołałam siebie przywołać. Zostałam gdzieś w tyle, Bóg raczy wiedzieć gdzie i co się ze mną tam teraz dzieje. O, tu gdzieś powinnam być. Kurczę! To nie tu, to nie ja, a byłam tu przecież parę dni temu i już mnie nie ma i już zdążyłam schować się w jakieś posępne krzaczory. „I poszłam”.
Halo, halo, gdzie jestem? „Halo, halo tutaj Londyn, tutaj Londyn, ona czarna, a on blondyn, a on blondyn. Myślę sobie, zważ robaczku w czym się moczysz...”. „Bo życie barmana to jest ciężki chleb”.
To wszystko kiedyś było dużo bardziej straszniejsze, tragiczniejsze o wiele bardziej, poważniejsze tak jakoś, a teraz to po prostu śmieszne jest i absurdalne jak zawsze. A gdy tak patrzę przed siebie, to widzę te przepowiednie („najprawdziwsze”- a jakże!), co mi wzrok mącą i łudzą swoim happy endem, na który niestety czekać trzeba zbyt długo, bo w końcu to koniec jest przecież. W sumie to dość oczywiste, a jednak drażniące. Bo gdy tak patrzę wstecz, to teraz – owszem – nie rusza mnie to zupełnie, ale wesoło nie było i nie było to oczywiste, nic nie było oczywiste. Skomplikowane to jakieś, dziwne to to, dziwne jak... „W Babilonie zdrada....”
Już cię nie lubią...kurczę, na pewno już nie lubią cię strasznie. A jeśli lubią, to mniej i z przyzwyczajenia. Niektórzy lubią za bardzo. A przecież nie powinni. Przedziwna sprawa z tym lubieniem. Czy wypada, czy nie, należy lubić się nawzajem. Amen. „Ojoj”.
Wszystko samo się układa w „jeden, wyraźny punkt”. Nawet się nie starałam. Co prawda, kiwnęłam palcem. I powiedziałam A. A potem B. A gdy już C mówiłam, nikt mnie nie słuchał. „I choćbyś się starał nie rozjaśnisz”.
Puste korytarze, sale opuszczone, a w nich rozbitkowie się snują. Są pewni siebie. Są wyjątkami. Nie są ani smutni, ani z radości nie skaczą. Są. A potem będzie ich więcej i będzie się działo, jak zawsze się dzieje.
Niekoherentna wiązka świadomości prowadzi mnie tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, to chyba gdzieś na południowym wschodzie lub innym podzwrotnikowym rejonie zarzecza mych bebechów zatrutych i ociekających jadem tłustym, aczkolwiek słodkim i kuszącym. A co będzie jeśli naprawdę tam dojdę??? Co wtedy? Zwałą kolejną uraczę ten świat.
_________________ Silence, czyli kiszka ogromna z bebechów jednego bandziocha wypruta
Dziennik kobiety zwały, część szósta, czyli o zamiłowaniu krwiożerczym i zgniłym
Mięcho, mięcho, mięcho... krew, krew, krew... siekiera, siekiera, siekiera... Freddy Kruger i jego szpony wrzynające się w prześcieradło twego łóżka, niby niewinny Edward nożycoręki, a bez ogródek wbijający swe „paluszki” w brzuch bezmózgiego młodzieńca, odpadające kończyny, latające flaczki, Jason widzący cię biorącą prysznic, but pijanego studenta brutalnie miażdżący martwego gołębia... mięcho, mięcho, mięcho, krew, krew, krew... siekiera, siekiera, siekiera, motyka, piłka, szklanka...
Piła 3 nudna jak cholera, ale krew była...nawet zgniłe prosię było i ktoś w tym mielonym prosięciu leżał i się taplał i se hasał w tych zarobaczonych wnętrznościach...jakiś doktor wpieprzający móżdżek pewnego pana, również siedzącego przy stole...bo kolacja musi być...A na koniec pani ugotowała kochanka i podała go mężowi...
Ale i tak najlepszy jest śmiercionośny małposzczur i przybysze z kanciastymi tyłkami i historie, które z tego wynikły... lała się maź krwiopodobna, po której ślizgający się balet odstawiali zombie... albo taki blobik, plazma taka... albo gremliny... zjadłabym se gremlina...
„Świat splamiony krwią, świat splamiony krwią, świat splamiony krwią... spadł na ziemię!!!” (Zabili mi żółwia)... i na mnie i na ciebie..
I robić z mięsa I myśleć z mięsem
I w imię mięsa Na przekór mięsu
Dla jutra mięsa Dla zguby mięsa
Szczególnie szczególnie w obronie mięsa”
A tu ktoś mi próbuje wmówić, że burgerek, który wtranżalam codziennie, jest z lamy... no bez przesady! Gdzie lama, a gdzie kurczaczki... no, właśnie. Lama to Kusko takie było i królem nawet w nowych szatach, czy jakoś tak inaczej bajkowo, ale nie burgerowo... oj... za dużo filmów oglądam.
A na trawienie jakieś ekskluzywne winko w łódce Katarzynce można sobie zaaplikować i mandat dostać, i cieszyć się życiem, i obżerać się mięskiem pysznym i zdrowym, i egzaminy olewać i „biegać, skakać, latać pływać, w tańcu, w ruchu wypoczywać”....
_________________ Silence, czyli kiszka ogromna z bebechów jednego bandziocha wypruta
"Inaczej niż w Raju" - Willie i Eddie już od dawna czują się Amerykanami. Prawdziwymi, z krwi, kości i Union Jacka dziećmi Wuja Sama, Gerarda Forda, Marylin Monroe i Paris Hilton. Prawdziwymi, lecz młodymi, na tyle, by chcieć zaimponować swym stylem życia młodej Evie, kuzynce, która dopiero co przybyła z Budapesztu pod Krakowem.
Postanawiają ją więc zabrać na samochodową wycieczkę do Raju, na Florydę, ojczyznę aligatorów, Policjantów z Miami, Miami Heat i aligatorów. Jadą tylko we trójkę.
Willie i Eddie nie wiedzieli jednak, że Eva przeszła znaczącą metamorfozę - wszak jej rodzinne Węgry to prawie Transylwania, a podróż może stać się horrorem (i to nie ze względu na jakość auta, przydrożnych toalet...) dla młodych chłopców. Tak też podróż do Raju, stała się prostą drogą do Piekła.
"Inaczej niż w raju" Jima Jarmuscha to krwawy horror, pełen fruwających wnętrzności przeplatanych wypowiedziami ministra edukacji. Nie zabraknie w nim pił motorowych, noży kuchennych, siekier, pierścieni władzy, kodów da Vinci, setek Spartan, gangsterów, futbolistów, ożywionych dinozaurów, Czarków Pazur i pouczającego morału: "Rodziny się nie wybiera. Dupa."
_________________ "...et tam omnes Marcum non modo turpem, sed etiam stultum esse scient."
"...A i tak wszyscy wiedzą, że Marcu jest nie tylko brzydki, ale i głupi."
Seneka, "De pistacia"
Acha, no i skoro ostatnio taka moda i wszyscy drażliwi, to przepraszam.... Powyższy post by taki gówniarski...
_________________ "...et tam omnes Marcum non modo turpem, sed etiam stultum esse scient."
"...A i tak wszyscy wiedzą, że Marcu jest nie tylko brzydki, ale i głupi."
Seneka, "De pistacia"
jeszcze nie? a tak się wczoraj starałem, byłem pewien że mi się udało, ale trudno pistacjowych spotkań jeszcze będzie wiele a do Kadru zawsze można iść
Muszę Was pouczyć, dzieciaki. "It is easy to be angry." A skoro najlepiej uczyć się przez rozrywkę, obejrzyjćie ten świetny film, który na sportowo (bom redaktor sportowy) uczy odpowiedniego zachowania.
_________________ "...et tam omnes Marcum non modo turpem, sed etiam stultum esse scient."
"...A i tak wszyscy wiedzą, że Marcu jest nie tylko brzydki, ale i głupi."
Seneka, "De pistacia"
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach